Gdy upada moneta, Prolog, cz.1

„Gdy upada moneta”

Prolog. Cz. 1.

W komnacie panował półmrok. Przez otwartą okiennicę wpadało delikatne światło księżyca, muskając kamienną podłogę i wykładane czerwoną cegłą ściany. Wprawne oko zaglądające przez okno mogłoby zauważyć po przeciwległej stronie wielki, granatowy sztandar z symbolem koła, takiego jakie można spotkać u drewnianych wozów służących do przewożenia towarów. Zaraz obok stał uzbrojony i w pełnym rynsztunku mężczyzna, nieruchomo choć w pozycji sugerującej zmęczenie. W pokoju oprócz strażnika, znajdowała się jeszcze jedna, starsza osoba, siedząca na brzegu dość prymitywnego łoża, posłanego purpurową kołdrą z kilkoma poduszkami. Starzec mówił energicznie w kierunku kogoś zagrzebanego w prześcieradła, gestykulując obficie i od czasu do czasu zerkając na zbrojnego przy drzwiach.
– Mówię Ci, i nie zaprzeczaj, że kłamię. Widziałem to na własne oczy! Cóż to był za pokaz umiejętności, co za gracja! Nigdy wcześniej nie spotkałem tak wybitnego Teloena. Ba! W ogóle nie znam nikogo kto kiedykolwiek by jakiegokolwiek napotkał na swojej drodze. To, że akurat wtedy byłem razem z ludźmi twojego dziada w tamtej karczmie to cud. Co prawda, minęło już sporo czasu, ale dokładnie pamiętam jak wpadł prosto przez frontowe drzwi wzniecając tuman kurzu, doskoczył do takiego moczymordy i rozharatał mu gardło jednym ruchem ręki! Biedny, nawet nie zdążył zareagować.
– Myrion, daj chłopcu spokój, co? Halder kazał nam go pilnować żeby nie dał nigdzie dyla, nikt nie miał go tutaj zabawiać. Jak jego ojciec dowie się, że łamiemy rozkazy to nam porozbija czerepy i zawiesi na ścianie z trofeami.
Starzec machnął ręką na strażnika i powrócił do prawienia swoich monologów których wygłaszanie najwidoczniej wprawiało go w dobry nastrój. W pewnym momencie spod sterty materiałów na łóżku wysunął się chłopak, na oko dziesięcioletni, ubrany w lnianą koszulę i ze srebrnym wisiorkiem w kształcie miecza na szyi.
– A co z Edunami, Tyrianie? Słyszałem plotki, że mój ojciec miał dziś się z nimi spotkać. – Dzieciak znalazł się w pozycji półleżącej, opierając plecy o ścianę i świdrując ciekawskimi oczami swojego rozmówcę, zaczął stukać palcami w drewniany brzeg łóżka.
– A, widzisz. Bo z Edunami to nigdy nie wiadomo. Tu mówią, że chcą dobić zwykłego targu a w karczmie z drugiej strony miasta dowiadujesz się, że najmują na krótki okres czasu „utalentowanych” ludzi, żeby wyprawić komuś krwawą burdę. W każdym razie, twój ojciec zdecydował, że czym mniej osób będzie wiedziało o tym o czym z Edunami mówią, tym lepiej. Myrion, a może ty coś wiesz? – starzec odwrócił się w kierunku przysypiającego strażnika który poirytowany, że przeszkadza mu się w zaśnięciu tylko odburknął – Tyle co i ty. – Po chwili namysłu jednak dodał – choć Halder rozkazał aby mieć broń w gotowości.
– Chłopiec na to zdanie klasnął w dłonie i zaczął gramolić się z łóżka. – A panicz to dokąd się wybiera, hę? – Starzec już chciał coś mówić do strażnika, żeby ten zamknął drzwi na klucz, co zresztą zostało uczynione już dużo wcześniej, jednak chłopak ruszył w innym kierunku, w stronę ściany przeciwległej do jego posłania. Znajdował się tam kominek w którym syczały resztki paleniska buchając od czasu do czasu czerwonymi iskierkami. Średniej wielkości drewniana skrzynia, obita metalowymi wizerunkami jakichś bestii, stała tuż obok i nie zwracała na siebie szczególnej uwagi. Dzieciak otworzył z trudem pokrywę i zaczął wydobywać ze środka rynsztunek. Mężczyźni patrzyli jak ich podopieczny kolejno kładł na podłodze, obok kufra, jednoręczny miecz – niewiadomego pochodzenia, lecz widocznej słabej jakości, paradny hełm Dahryjski, ze złotymi zdobieniami i barwnym pióropuszem, oraz kolczugę którą po założeniu pewnie miałby do samych kolan.
– Oho, widzę, że ktoś tutaj szykuje się na wojnę – roześmiał się z wyraźnie lepszym nastrojem strażnik i dodał – tylko się nie skalecz tym scyzorykiem. Wygląda na groźną zabawkę, żeby nie było później na mnie.
– Mój ojciec nigdy na próżno nie mówi o tym, żeby szykować broń. Jeśli każe być gotowym to trzeba być gotowym. – Odpowiedział strażnikowi ponurym tonem i zaczął przymierzać hełm a miecz umieścił w skórzanej pochwie, którą przed chwilą przymocował razem z pasem do zielonych, wojskowych spodni, wyciągniętych również ze skrzyni.
W porównaniu z Myrionem wyglądał jak jakaś mizerna próba naśladowania kukły treningowej. Straż Haldera była bardzo dobrze uzbrojona i nie mogła narzekać na słabą jakość oporządzenia. Każdy jego człowiek dysponował dobrej produkcji mieczem, hełmem który po założeniu chronił nie tylko głowę i policzki ale również kark poprzez zwisające z tyłu płaty metalu, oraz napierśnik, naramienniki i nagolenniki. Całą resztę żołnierze mogli dopasować według uznania. Myrion miał na sobie jeszcze brunatną pelerynę, zaczepioną o naramienniki, oraz brązowe, skórzane spodnie.
Tyrian natomiast poklepał po ramie łóżka, zachęcając chłopaka aby ten usiadł obok niego. Spojrzał chwilę w kierunku strażnika, jednak zaraz potem odwrócił wzrok i machnął ręką, tak jak gdyby bił się w myślach sam ze sobą.
– No, chłopcze, chyba już pora abym w końcu opowiedział Ci o nim. – choć zaczął powoli i niepewnie, ostatnie wyrazy zaakcentował dość mocno i wyraźnie. Strażnik zareagował nagłym pporuszeniem, już otwierał usta aby coś powiedzieć ze strachem na twarzy. Chłopak natomiast rozwarł szeroko oczy i zahipnotyzowany z ciekawości szedł w kierunku starca. Myriona samym gestem uciszył Tyrian i od razu zaczął mówić – wiem, że Halder zabronił. Wiem, że nie wolno. Jednak sam wiesz, drogi przyjacielu, że w momencie gdy czyha na nas tak duże niebezpieczeństwo… nie mogę dłużej zwlekać. To musi stać się dziś, teraz.
– A więc zawsze chciałeś wiedzieć kim był Nocte. – Zwrócił się do chłopca. – Chciałbyś zgłębiać jego tajemnice, historię jego podróży, co? Ah! Kiedyś byłem tak samo młody i ciekawy świata jak ty… Cóż, nie pozostaje mi jednak nic innego jak spełnić mój obowiązek i przekazać ci to czego sam się dowiedziałem. Opowiem pokrótce zatem kim była osoba którą tak skrzętnie przed Tobą staraliśmy się ukrywać i jak to się stało, że poderwał do boju pół królestwa zanim to zauważyło jakąkolwiek rebelię. – Starzec jakby odmłodniał. Biła z niego duma i zafascynowanie tematem. Strażnik natomiast, wydawał się posmutniały. Oparł plecy o ścianę i osunął się w dół, spuszczając głowę i zamykając oczy. Słuchał.
– Skąd ja o tym wiem? Jeden z jego pierwszych towarzyszy był niegdyś moim dobrym przyjacielem; co prawda niezły z niego zawadiaka i czasami potrafił… ach, tak… o czym to ja? Nocte Stonfield, przywódca Kruczej Rebelii, niezwykły taktyk i wojownik. Może nie był zbyt sprytny i rozważny, ale za to wysoko honorowy i bardzo lojalny. Jego charakter był niezwykły – raz opanowany, potrafił czekać tygodniami cierpliwie obserwując teren, a czasami porywczy jak wygłodniały pies, rzucał się całymi swoimi siłami wprost na przeciwnika. Jego dusza migotała kontrastami, był sprzeczny ze samym sobą. Wiesz, młody człowieku, Nocte był jedyną znaną mi osobą która w pełni potrafiła posługiwać się własnym sercem. Fakt, muszę przyznać Ci rację – często prowadziło to do zawirowań podczas bijatyk i walk, jednak pamiętaj, że nie każdy potrafi poświęcić się tak jak on. Mawiają, że był ekonomicznym głupcem bo niestrudzenie potrafił pomagać innym, choć – co wiadome, kierował się według własnych, twardych zasad. Nie słyszałem też nigdy o kimś kto w równy sposób opanowałby sztukę samotności tak jak on. Pomimo tego, że otaczał się ludźmi, a wielu z nich mogło nazwać się jego przyjaciółmi to on nie pozostawiał żadnych złudzeń, że nie interesują go bliskie relacje z nikim. Z ludźmi, a pomimo tego samotny… choć, hm, zapomniałem o czymś. Nocte mawiał, że “Jeden prawdziwy przyjaciel to dobro większe od setki innych przyjaciół i należy o niego dbać jak o stu przyjaciół, walczyć jak za stu przyjaciół i umierać jak za stu przyjaciół”.
Chcesz wiedzieć jak to się zaczęło, co? Tak, tak… dość o nim samym. Przejdźmy do wydarzeń. Jak zapewne wiesz, Nocte Stonfield był synem Treona z Narrem. Jego ojciec posiadał w porcie wielki majątek zdobyty dzięki kierowaniu dużej działalności polegającej na transporcie towarów. Dorobił się nawet ponad setki własnych żołnierzy którzy stacjonowali w mieście pełniąc rolę jego osobistej straży. Relacje Nocte z Treonem układały się, krótko mówiąc, źle. Jego ojciec reprezentował całkowicie inne wartości niż te które były ważne dla jego syna. Po śmierci matki, obrzydzony obojętnością ojca, pokłócił się z nim ostatni raz w swoim życiu. Warto tutaj wspomnieć, że Nocte dysponował już wtedy swoim herbem – białym krukiem na czarnym tle. Tak jak jego ojciec posiadał własny, on również czuł potrzebę bycia oflagowanym. Jednakże, aby prawnie istniała możliwość podpięcia się Nocte pod własny sztandar – musiało to zostać potwierdzone przez rodziciela, który to nie chciał się na to zgodzić ze względu na możliwe powikłania godzące w jego interesy. Po ostatniej kłótni, o której niewiele wiadomo, Nocte zebrał kilku najbliższych mu ludzi z garnizonu ojca i uciekł targany złością na północ, w kierunku Cichych Lasów. Zaprzysiągł sobie, że kiedyś zbierze potężną armię i zdobędzie Narrem tym samym niszcząc włości znienawidzonego Treona a jego samego skazując na wygnanie.
Jak już wiesz, Narrem stało się tylko iskrą zapalną do dalszych działań. Nocte złapał wojennego bakcyla, nabrał doświadczenia w kierowaniu ludźmi i postanowił sprzeciwić się aktualnej władzy. Królestwo Dahryjskie może i nie było zbyt wielkie ale obejmowało cały kontynent Faral. Rządy aktualnej władzy nie były złe, ale nie były też dobre. Ludność potrzebowała zmian, jakichkolwiek – a nasz bohater to wykorzystał. Musiał podporządkować sobie pięć terenów: Półwysep Torem, z głównym miastem Narrem, na południu Faral; Cichy Las w centrum kontynentu; Doliny Kahlanu, ze stolicą i siedzibą rodu Dahryj, na wschodzie; Norwickie Pasma Górskie odcinające zachodnią część Cichego Lasu i biegnące aż do Półwyspu Torem oraz Wylewiska Katona na północy, które to były terenami bogatymi w jeziora, rozlewiska i bagna.
– Tyrian na chwilę urwał, popatrzył prosto w oczy chłopaka. Myrion podniósł głowę, obserwując ich uważnie. – Natomiast ty, drogi chłopcze, jes… – urwał. Nadstawił ucha, to samo, odruchowo, zrobił strażnik. Usłyszeli coraz głośniejsze krzyki, stukot ciężkich, obitych butów o kamienną posadzkę. Po chwili ktoś zaczął uderzać w drewniane drzwi – Otwierać! Otwierać na miłość boską, nie ma czasu do stracenia!

Reklamy

Posted on 2014/02/06, in Powiastki and tagged , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: